poniedziałek, 18 listopada 2013

Płacę – żądam, a że nie adekwatnie do ceny to już inna sprawa…



Nie od dziś wiadomo, że piłka nożna wyzwala ogromne, często skrajne emocje. Są momenty ekscytacji przed rozpoczęciem meczu, radość i euforia po strzelonej bramce, nerwowe wyczekiwanie na końcowy gwizdek, duma po zwycięstwie, niedosyt, frustracja i zdenerwowanie z powodu porażki, ale przede wszystkim dreszcz niepewności: o końcowy wynik, o postawę swojej drużyny, o to, czy przeciwnik nie zagra lepiej, czy sędzia nie popełni żadnego błędu, czy wygrana rozstrzygnie się w ostatnich sekundach... Nieprzewidywalność futbolu stanowi o jego pięknie, a możliwość doświadczenia tak bogatego wachlarza emocjonalnego sprawia, że stadiony wciąż wypełniają się kibicami.

Myli się jednak ten, kto sądzi, że Ci ostatni są grupą homogeniczną. Owszem, na podstawie ich obserwacji można zauważyć pewne wspólne postawy i zachowania (m.in. wierność klubowym i narodowym barwom, zainteresowanie sprawami klubu i reprezentacji, patriotyzm, także ten w wydaniu lokalnym), ale w rzeczywistości, pod zbiorczą nazwą „kibiców”, nawet skupionych wokół jednej drużyny, należy wyodrębnić 3 główne struktury: chuliganów, ultrasów i pikników. Pierwsi stanowią najbardziej radykalny i agresywny odłam.

Drudzy, przebrani w barwy zespołu odpowiadają za odpowiednią atmosferę na stadionie. Na meczach siedzą zwykle w miejscu zwanym „młynem” (w Poznaniu „Kotłem”; w Warszawie „Żyletą”). Przygotowują meczowe przyśpiewki oraz oprawy: transparenty, flagi, odpalają pirotechnikę. Są dobrze poinformowani w sprawach związanych zarówno z klubem, jak i inicjatywami kibiców, a także biorą udział w większości domowych i nierzadko również, wyjazdowych spotkań drużyny. W myśl zasady „dumni po zwycięstwie, wierni po porażce”, trwają oni przy niej bez względu na końcowy wynik.

Najliczniejsi są natomiast przedstawiciele ostatniej grupy. Zwykle nie uczestniczą oni w zorganizowanym dopingu (a jeżeli tak, to raczej sporadycznie) i z uwagą przyglądają się boiskowym wydarzeniom, często razem z dziećmi lub w towarzystwie znajomych. Mimo, iż w znajomości kwestii wokoło stadionowych ustępują wiedzy ultrasom, dobrze orientują się, w jakiej dyspozycji znajduje się aktualnie zespół, jakie miejsce zajmuje w tabeli, kogo z gry wyeliminowały kontuzje, jaki piłkarz daje z siebie wszystko, a którzy zawodnicy spisują się poniżej oczekiwań.

Wypada powiedzieć, iż wbrew dość niefortunnej nazwy, piknikami są na ogół osoby posiadający niezależne zdanie, potrafiący analizować i kojarzyć fakty, wyciągać na ich podstawie sądy i rzeczowo argumentować swoje stanowisko. Ludzie, którzy myśląc trzeźwo, doskonale zdają sobie sprawę z niedoskonałości otaczającej rzeczywistości. Mają świadomość, że tanie wino nigdy nie dorówna głębią smaku wykwintnym trunkom chilijskim, hiszpańskim czy francuskim. Nie dadzą sobie wmówić, że płatki X smakują lepiej niż Y tylko dlatego, że X reklamuje znany aktor. Nie łudzą się jadąc na wczasy do Mielna, że będzie to bajkowa podróż do dziewiczej Tajlandii. Jednym słowem, dzięki odpowiedniej wiedzy i doświadczeniom, umieją dokonać świadomych wyborów, biorąc pod uwagę również skutki swoich decyzji.

Istnieje jednak grupa osób (wśród nich także kibiców-pikników), która postępuje całkowicie odwrotnie. Negują racjonalne przesłanki, działają niespójnie, nierzadko popadając w chorobliwy sceptycyzm. Minimalnym kosztem oczekują spektakularnych efektów, a świat postrzegają w kategoriach roszczeniowych. Pragną 5-cio gwiazdkowego hotelu, płacąc jedynie za 2. Domagają się wersji all inclusive, zamawiając uprzednio opcję standard. W ich postawie, najbardziej zdumiewa mnie fakt, iż mając w ręku bilet, uważają, że mogą zachowywać się w dowolny sposób. Zupełnie jakby wejściówka zwalniała z myślenia i pozbawiała wyobraźni. W odniesieniu do opisywanej grupy, zauważyłem ponadto jeszcze jedną wspólną cechę. Mianowicie chroniczną ucieczkę od odpowiedzialności za swoje czyny i, często w niewybredny sposób, przypisywanie własnych zaniedbań innym osobom. Różnica w powyższej kwestii między osobami inteligentnymi a roszczeniowcami polega na tym, że Ci pierwsi potrafią się na czas zreflektować i jeżeli zajdzie taka potrzeba, przeprosić. Drudzy natomiast utkną w martwym punkcie.

Do nich właśnie zwrócił się po meczu Polski ze Słowacją, Mateusz Klich. Oburzony postawą kibiców pomocnik holenderskiego Zwolle, za pośrednictwem Twittera opublikował wpis, w którym postulował wprowadzenie zakazu stadionowego dla 40 tys. ludzi, którzy w ubiegły piątek wypełnili piłkarską arenę we Wrocławiu. Notkę błyskawicznie podchwyciły media, nie zostawiając suchej nitki na jej autorze. Zawodnikowi wytknięto m.in. fakt, że to właśnie Ci sami fani, w stosunku do których wygłosił swoje zdanie, płacąc za bilety, zapewniają mu chleb. Ponadto przypomniano, iż gra z orłem na piersi powinna być zaszczytem i bodźcem motywującym do walki i pełnego zaangażowania przez całe spotkanie.

Jako, że uwaga młodego pomocnika dotyczyła elementu większej całości, wypada przedstawić kontekst całej sytuacji. Spotkanie ze Słowacją Klich obejrzał z trybuny VIP. Każdy zorientowany w tematykę piłkarską wie, że zwykle zasiadają tam osoby, które z kibicowaniem nie mają zbyt wiele wspólnego. Wypad na mecz często łączą oni ze spotkaniami towarzyskimi bądź branżowymi, które sprzyjają załatwieniu określonych spraw. Wszak nie od dziś wiadomo, że często kluczowe kwestie rozstrzygają się w wąskich kręgach w kuluarach. Zatem oczekiwanie chóralnych śpiewów na cześć reprezentacji od ludzi, którzy mecz traktują, jako środek do osiągnięcia określonego celu, zamiast celu par excellence, jest po prostu naiwne.

Co innego natomiast, jeżeli sytuacja dotyczy grupy, którzy uważają się za prawdziwych kibiców, a postawę kadry kwitują pytaniem: „Co wy robicie?”, a także skandują w kierunku słowackich (a więc de facto obcych) zawodników słowa „jeszcze jeden”. Czy w ten sposób dopinguje się piłkarzy do lepszej gry? A gdyby w piątkowy wieczór Polacy grali z Niemcami albo Rosją? Jaki wtedy byłby wydźwięk zachowania futbolowych fanów?

Klich zdecydowanie przesadził, jeżeli chodzi o wymowę wpisu (co najprawdopodobniej zostanie mu zapamiętane i w odpowiednim momencie przypomniane), jednak ogólnie rzecz biorąc, w pewien pokrętny sposób miał rację. Otóż osoba, która określa się mianem kibica, powinna wspierać swoich zawodników. Swoich, a nie graczy drużyny przeciwnej, oraz być z nimi na dobre i na złe. Mam nieodparte wrażenie, że słowa pomocnika Zwolle, skierowane zostały do opisanych wcześniej ludzi roszczeniowych. Wiedzieli oni doskonale, jak na dzień dzisiejszy wygląda gra piłkarskiej reprezentacji Polski. Znali wyniki poprzednich meczów, mając w pamięci blamaż w eliminacjach do przyszłorocznych MŚ. Co więcej, zapoznali się zapewne z informacjami zarówno na temat niekorzystnego bilansu debiutów kolejnych selekcjonerów biało-czerwonych, jak i eksperymentalnego składu, który desygnował Adam Nawałka. A jednak mimo tych wszystkich danych, nie bacząc dodatkowo na to, że w TV transmitowano pierwszą rundę spotkań barażowych, które wyłonią 4 ostatnich europejskich finalistów brazylijskiego mundialu, zdecydowali się przyjść na stadion we Wrocławiu. Bilet wstępu gwarantował… miejsce na widowni i nic więcej. Naiwnością było oczekiwać, że mecz towarzyski dostarczy takich wrażeń, jak starcie Ligi Mistrzów; że nagle nasi zawodnicy zaczną grać, jak wirtuozi futbolu. Takich cudów nie ma. Drużyna przechodzi zmiany i potrzeba jej czasu na zgranie i wypracowanie stylu. Kto oczekiwał od Lewandowskiego hat-tricka, od Błaszczykowskiego sprintów w stylu Garetha Bale’a, od Mierzejewskiego podań a’la David Silva, od Olkowskiego i Kosznika rajdów typu Jordi Alba, a od duetu Jędrzejczyk-Kamiński pewności w defensywie, mógł od razu przełączyć na występ Davida Copperfielda.

Balon dmuchany po dymisji Waldemara Fornalika pękł głośno, pozostawiając po sobie mieszane uczucia, głównie te negatywne. Nawałka pracę w reprezentacji rozpoczął od porażki. Drużynie nie po raz pierwszy, starczyło sił na zaledwie poprawne 30 minut. Po spotkaniu, najbardziej dostało się jednak Klichowi, który mecz obejrzał z perspektywy trybun. Tylko dlatego, że w niewybredny sposób wypowiedział się o tych, którzy zamiast dopingować swoich piłkarzy woleli wyskoczyć na bigos, krytykować ich zagrania, czy też oklaskiwać obcych zawodników. Fakt, że media wzięły w powyższej sprawie stronę kibiców nie powinien dziwić, zważywszy na to, że to właśnie oni stanowią ich główną grupę docelową. Mnie natomiast cieszy, że w gąszczu nieprzychylnych opinii odnośnie feralnego wpisu (i samego autora), pojawiają się również głosy wsparcia dla polskiego pomocnika, a takowego udzielił mu m.in. Jan Tomaszewski. Warto, bowiem pamiętać o tym, że wspierać ludzi (nie tylko sportowców) powinno się przede wszystkim wtedy, kiedy nie idzie. W końcu nie od dziś wiadomo, iż prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz